Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Billy Moore

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Billy Moore
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f106-hartlake-road-18-2 https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Zawód : szukający Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler


I have no hope in solitude


OPCM : 20
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Billy Moore   11.11.17 17:18


William Moore

Data urodzenia: 1 marca 1929
Nazwisko matki: Carter
Miejsce zamieszkania: zadłużone mieszkanie w Londynie
Czystość krwi: mugolska
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: szukający Jastrzębi z Falmouth
Wzrost: 179 cm
Waga: 81 kg
Kolor włosów: zmienny, od ciemnego blondu zimą do piaskowych odcieni latem
Kolor oczu: błękitnozielone
Znaki szczególne: wada wymowy, skóra na dłoniach zgrubiała od latania, nisko osadzone brwi, zgarbiona sylwetka; odkąd na jednym z meczów dorobił się pękniętej czaszki, co kilka minut nieświadomie odwraca się przez ramię



I. Nauka latania

Kiedy myśli o dzieciństwie, w pierwszej kolejności przypomina sobie matkę. Z ciemnymi, wysoko upiętymi włosami, niepoprzetykanymi jeszcze siwizną; z rękawami prostej sukienki podwiniętymi do łokci; z ciepłem w szarobłękitnych tęczówkach, z dołeczkami w policzkach i z uśmiechem na ustach, całkowicie nieświadomą białej, szerokiej, mącznej smugi, ciągnącej się od brwi aż do skroni. W jego wspomnieniach powietrze ma ciężki, słodki zapach smażonych jabłek z cynamonem, lasek wanilii i pierwszych tamtej wiosny śnieżyczek, wetkniętych do prostego wazonu o wyszczerbionej szyjce, który przez przypadek strącił ze stołu, próbując wepchnąć nos w niegotowe jeszcze ciasto. Od zawsze uwielbiał przyglądać się, jak pracowała, bez względu na to, czy rozwieszała akurat na rozciągniętych przed domem sznurkach świeże pranie z gigantycznego, wiklinowego kosza (razem z Sally często testowali jej cierpliwość, bawiąc się w chowanego wśród wilgotnych jeszcze prześcieradeł), czy załamywała ręce na widok podartych spodenek i oderwanych od koszul guzików. Wiedział, że była czarodziejką, zanim jeszcze jego lewitujący pod sufitem starszy brat zmusił ją do wyjawienia skrywanego przez lata sekretu; musiała mieć magiczne moce, skoro dzień po dniu udawało jej się utrzymywać w całości ich siedmioosobową rodzinę, zwłaszcza kiedy jej dzieci – jedno po drugim – zaczęły na nowo wprowadzać do domowej rzeczywistości tę samą magię, której lata wcześniej dobrowolnie się wyrzekła.


Jak z tym zderzeniem dwóch światów poradził sobie ojciec – nie ma pojęcia; to, co dla matki było normalnością, a dla dorastających dzieciaków ekscytującym zwrotem wydarzeń, dla niego musiało stanowić zaprzeczenie wszystkiego, co znał i w co wierzył, a jednak żadne z nich nigdy nie usłyszało od niego ani słowa dezaprobaty czy skargi. Cichy i niewzruszony niczym skała, zachował wewnętrzny spokój i siłę nawet wtedy, gdy cała reszta zdawała się kruszyć i rozpadać na jego oczach. To właśnie on pokazał Billy’emu jak wbija się gwoździe, łata dziury w dachu i przymocowuje własnoręcznie wykonane półki do ścian, on też nauczył go pływać w pobliskim jeziorze, a gdy (wtedy siedmioletni) syn zaliczył swój pierwszy wybuch czarodziejskich umiejętności, wieszając go za kostkę u nogi na najwyższym drzewie w sadzie, tylko się roześmiał – choć to ostatnie mogło mieć coś wspólnego z faktem, że dokładnie tej samej sztuki kilka lat wcześniej dokonał najstarszy z chłopców, tym samym przecierając magiczny szlak reszcie rodzeństwa, chociaż to właśnie Billy od samego początku stąpał po jego śladach najwierniej. Starszy brat był dla niego czymś w rodzaju niedoścignionego wzoru, do którego zawsze odrobinę mu brakowało – był trochę wyższy, trochę szybszy, rzucał piłką trochę dalej i skakał trochę wyżej, a jednak ten kochał go całym sercem, tak samo zresztą jak każde spośród licznego rodzeństwa.


II. Spadanie

Gdy myśli o dorastaniu, widzi szkolną klasę. Nie jedną z tych w Hogwarcie, jeszcze nie; cofa się do wiejskiej, mugolskiej szkoły, maleńkiego, rozpadającego się budynku z jedną jedyną salą lekcyjną o nieszczelnych oknach, sprawiających, że zimą temperatura w środku była zaledwie o kilka stopni wyższa niż na zewnątrz. Te wspomnienia pachną mokrą kredą, krochmalonym materiałem mundurka i naftaliną, której woń pojawiała się na lekcji na kilkanaście sekund przed nauczycielką, niczym ponury zwiastun nadchodzących katuszy. Bo tym właśnie były dla Billy’ego wczesne lata edukacji; wychowany w sielankowej izolacji rodzinnego gospodarstwa, przeżył zderzenie z rzeczywistością wyjątkowo boleśnie, nie odnajdując się wśród rówieśników zupełnie i nie potrafiąc w żaden sposób zatrzeć zbyt ostro zarysowanych różnic. Przyzwyczajony do otwartych przestrzeni i całych dni spędzanych na zewnątrz, źle znosił bezruch, a zamknięte ściany klasy wydawały się go więzić. Konieczność ukrywania magicznych zdolności również nie pomagała, najgorsze okazały się jednak słowa; wrodzona skłonność do jąkania, przez rodzinę całkowicie ignorowana, dla innych dzieci stała się nieustannym powodem do żartów, sprawiając, że Billy przestał odzywać się niemal wcale, z każdym dniem wznosząc wokół siebie coraz szczelniejszą barierę milczenia. Nie ze względu na niechęć do rozmów; z natury otwarty i przyjacielski, uwielbiał towarzystwo innych, z jakiegoś powodu jednak wyrazy przestały się go słuchać, zatrzymując się gdzieś na poziomie gardła, dławiąc go i dusząc, ale za żadne skarby nie chcąc wydostać się na zewnątrz.


Jego największy koszmar, ten dręczący go do dzisiaj, wygląda właśnie tak; przeklęta, szkolna sala, świdrujące go świńskie oczka nauczycielki, mokra tablica za jego plecami i ten durny wierszyk, którego za nic nie był w stanie wydukać, mimo że tydzień wcześniej dokładnie nauczył się na pamięć wszystkich wersów; niecierpliwe stukanie drewnianej linijki o matowy blat biurka, stuk, stuk, jak zegar odliczający sekundy do upokorzenia absolutnego. To wtedy stał się głupim Billym; ciszę najłatwiej było w końcu utożsamiać z niewiedzą i tak też się stało, a sam zainteresowany nie próbował nawet walczyć z fałszywymi przekonaniami, wyrabiając za to w sobie głęboką pogardę do nauki w jakiejkolwiek formie, mimo że wcale nie brakowało mu inteligencji; nadal uczył się szybko, zwłaszcza rzeczy, które go interesowały, ale przestał się starać, posłusznie wchodząc w rolę, którą świat zewnętrzny tak ochoczo mu przypisał. Do porządku dziennego weszły wagary, symulowane choroby i niegroźne bójki, w które wdawał się już dla samej zasady, każde krzywe spojrzenie czy podejrzany uśmiech traktując jako prowokację. Gdy więc w szybę jego okna zastukała wreszcie bura sowa, niosąc w dziobie list zapisany szmaragdowozielonym atramentem, z ulgą odetchnęli wszyscy – a najbardziej chyba sam Billy.


III. Pościg za zniczem

Myśląc o Hogwarcie, wraca pamięcią głównie do szkolnego boiska, choć tu wspomnienia nie są jednolite. Nie przywołuje jednego, konkretnego obrazu, a raczej całą ich kliszę: ziemisty zapach wilgotnej trawy, błotniste smugi na ciemnoczerwonej szacie Gryffindoru, pęcherze na dłoniach, trzepot maleńkich, złotych skrzydełek, przede wszystkim jednak – obezwładniające poczucie nieograniczonej niczym wolności, które po raz pierwszy poczuł podczas lekcji latania, i do którego nigdy już nie przestał tęsknić, zaczynając marzyć o powrocie w przestworza dokładnie w momencie, gdy jego stopy dotykały ziemi. Opanowanie gry w Quidditcha przyszło mu łatwiej niż nauczenie się poprawnego wypowiadania jego nazwy, bardzo szybko znalazł się więc w szkolnej drużynie, początkowo grając u boku starszego brata jako ścigający, a niedługo później – gdy okazało się, że lepiej idzie mu łapanie piłek niż ich podawanie – zajmując pozycję szukającego. To właśnie na szkolnym stadionie odnalazł swoją drugą, przyszywaną rodzinę, poczucie przynależności i zduszone przez mugolską szkołę pokłady pewności siebie, i to dzięki nim niestraszne mu były przeciwności losu; czymże w końcu były docinki Ślizgonów i niezliczone szlabany, skoro miał swoją drużynę, na której zawsze mógł polegać?


Niestety, nie od wszystkich niedogodności udało mu się uciec (choć oczywiście próbował); Hogwart, mimo całej swojej niezwykłości, wciąż był szkołą, a przyswajanie skomplikowanej i rozległej wiedzy teoretycznej było czymś, do czego Billy stanowczo nie miał smykałki. Na historii magii zasypiał po piętnastu minutach wykładu, transmutacja była dla niego sztuką kompletnie niezrozumiałą, rośliny zdawały się z niewyjaśnionych powodów usychać pod jego opieką, a nauczyciel eliksirów przez moment chyba poważnie rozważał zabronienie mu wstępu na zajęcia, bo po kilku katastrofalnych porażkach szkolny woźny kategorycznie odmówił zdrapywania szczurzych ogonów z sufitu. Jedynymi przedmiotami, z którymi radził sobie lepiej niż przeciętnie, była obrona przed czarną magią oraz zaklęcia – i to dlatego tylko, że odkrywszy w drugiej klasie Klub Pojedynków, zaczął namiętnie ćwiczyć ofensywne i defensywne uroki, zgarniając po drodze kilka dodatkowych szlabanów za dewastację szkolnego mienia. Skomplikowane formuły okazały się co prawda wyzwaniem samym w sobie, nieustępująca wada wymowy sprawiała, że początkowo zawieszał się nawet na tych najprostszych, ale tu z pomocą przyszła mu magia niewerbalna, zapewniając mu przy okazji dodatkowy element zaskoczenia i fundując pierwsze miejsce w trakcie jednego z turniejów.


IV. Gwizdek sędziego

W trakcie wspominania młodości, wszystko nagle przyspiesza; obrazy nie są już stateczne, nie promieniują ciepłem i bezpieczeństwem, choć wciąż daleko im do czającego się w zbyt długich cieniach mroku. Z jakiegoś powodu wśród zamazanej mozaiki najwyraźniej odznacza się rodzinny dom, do którego wrócił na krótko po ukończeniu szkoły, czekając na nabór do drużyny i ćwicząc do upadłego na zakupionej za pierwsze oszczędności miotle. Te fragmenty przeszłości pachną rozgrzanym, letnim powietrzem, pastą Fleetwooda i maściami leczniczymi, których intensywna woń zaczęła unosić się wszędzie tam, gdzie pojawiała się mama, wciąż z niegasnącym uśmiechem i wciąż silna, ale coraz częściej nieświadomie rozmasowująca obolałe plecy. Wiedział, że była chora – termin rozrost albioni pojawiał się w listach i cichych rozmowach już od dawna – ale wtedy jeszcze nie myślał o tym jak o realnym niebezpieczeństwie, nie dopuszczając do siebie możliwości, że cokolwiek mogłoby pokonać kobietę, która bez zająknięcia wychowała piątkę dzieci. Ponure rokowania wisiały więc gdzieś na krawędzi jego pojmowania, przypominając o sobie od czasu do czasu, jak ostry kamyk w ulubionym bucie, nie przebijając jednak jego wygodnej bańki zaprzeczenia. Nie brakowało mu zresztą pretekstów do ignorowania zmartwień, odpowiedzialność związana z wkraczaniem w dorosłość zajmowała sporą część jego myśli, a gdy w październiku czterdziestego siódmego pomyślnie przeszedł rekrutację do Jastrzębi z Falmouth (oficjalnie stając się ich rezerwowym szukającym), na dłuższą chwilę całkowicie zapomniał o pachnącym szarlotką folwarku przycupniętym dziesiątki mil od Londynu.


Nie zachłysnął się sukcesem, być może dlatego, że początkowo nie smakował on wcale jak sukces; mordercze treningi niewiele miały wspólnego z chwałą zwycięstwa, a fakt, że w trakcie meczy praktycznie nie miał okazji do wstania z ławki, dodatkowo zaprawiał goryczą spełniające się marzenie. Kibicował jednak zdobywającemu punkty bratu, coraz mniej przekonująco udając – głównie przed samym sobą – że pozostawanie w jego cieniu mu nie przeszkadzało, podczas gdy w rzeczywistości zerkał na niego z rosnącą z dnia na dzień zazdrością. Theo zdawał się mieć wszystko; przystojny i wygadany, miał talent nie tylko do przerzucania kafla przez obręcze, ale również do zjednywania sobie ludzi – ci z kolei zdawali się go uwielbiać, niezależnie od tego, czy akurat święcił triumfy na boisku, udzielał wywiadów, czy krwawił obficie ze złamanego tłuczkiem nosa. Billy, ku swojemu własnemu rozczarowaniu, był jego przeciwieństwem: choć trudno było mu odmówić umiejętności, gdy chodziło o Quidditch (wbrew złośliwym opiniom, nie dostał się do drużyny tylko ze względu na nazwisko), tutaj podobieństwa się kończyły; wylądowawszy na ziemi, tracił całą lekkość i grację, nabierając jakiejś dziwnej niezdarności, a gdy w trakcie przerwy reporter zapytał go o opinię na temat pierwszej połowy, zaciął się w środku wypowiedzi, po czym milczał tak długo, aż gwizdek sędziego ogłosił wznowienie rozgrywki. Gdyby Theo nie był jego bratem, zapewne w końcu by go znienawidził; choć nigdy nie życzył mu źle, skłamałby twierdząc, że nie zdarzało mu się zaklinać rzeczywistości, modląc się, by kiedyś zająć jego miejsce.


Jak się okazało, nie musiał czekać długo, bo jedynie do krajowych mistrzostw Quidditcha w czterdziestym dziewiątym – a konkretniej do meczu z Nietoperzami z Ballycastle, który zarówno zawodnikom, jak i fanom, miał zapaść w pamięć już na zawsze. Niewielu wie, co dokładnie stało się przed wkroczeniem drużyn na boisko, wszyscy widzieli za to sieczkę, która rozegrała się tuż po tym, gdy sławny pałkarz Jastrzębi zaatakował Theo, po czym obaj pobili się brutalnie, nie zważając na próbujących rozdzielić ich zawodników, ani na przeciwników, którzy w tym czasie zdobyli dziesięć bramek, po czym zakończyli mecz, łapiąc znicza. Przegrana w mistrzostwach stanowiła jednak najmniejszy problem ośmieszonych Jastrzębi: pozbawieni dwóch utalentowanych zawodników (jednego dyscyplinarnie usuniętego ze składu, drugiego wykluczonego z gry przez poważną kontuzję będącą następstwem bójki), musieli zmagać się z konsekwencjami skandalu, odpierając setki pojawiających się w prasie oskarżeń i ledwie unikając dyskwalifikacji z dalszych rozgrywek. Nastroje były ponure, a morale tak niskie, jak nigdy, jednak to właśnie wtedy dla Billy’ego wiatr się odwrócił – zaledwie kilka dni po feralnym meczu szukający Jastrzębi przeniósł się – oficjalnie za zgodą i aprobatą obu stron – do Zjednoczonych z Puddlemere, a jego pozycja przypadła młodemu Moore’owi, z jednej strony zachwyconemu takim obrotem spraw, z drugiej – nie mogącemu oprzeć się wrażeniu, że i ten sukces, doprawiony wyrzutami sumienia, smakował w jego ustach jak popiół.


V. Pikowanie

Dorosłość kojarzy mu się przede wszystkim z nauką: radzenia sobie z presją ryczącego na trybunach tłumu; umykania przed reporterami, próbującymi namówić go na wywiad po wygranym meczu; odpowiedzialności, gdy zdecydował się w końcu przeprowadzić do Londynu; wreszcie – dzielenia rzeczywistości z kimś innym, kiedy w jego życiu pojawiła się ona. Piękna i roześmiana, przybyła do jego świata niepostrzeżenie, przynosząc razem ze sobą słodką woń przebiśniegów, garść szalonych pomysłów i niecichnącą muzykę, którą kochała najmocniej. Po raz pierwszy poznał ją w szpitalu, gdzie składała go w całość po kolejnej kontuzji; obdarzona jakąś magiczną, naturalną życzliwością i otwartością, potrzebowała dokładnie dwóch minut, żeby wciągnąć go w rozmowę oraz mniej więcej dwóch miesięcy, nim poprosił ją, by się do niego wprowadziła. Urządzili niewielkie mieszkanie razem, wspólnie wieszając firanki w oknach i malując wapnem ściany oraz dzieląc się ze sobą przeszłością i teraźniejszością; on nauczył ją mocować półki i składać meble, ona jego gotować i śpiewać, nie zwracając uwagi na to, że mimo przestróg wciąż przypalał jajecznicę, a jego zachrypnięty głos tylko zakłócał brzmienie jej – dźwięcznego i ciepłego, absolutnie najpiękniejszego na świecie. Upojony własnym szczęściem, bardzo szybko zaczął wierzyć, że będzie trwało wiecznie; niestety, spostrzegawczość, która pozwalała mu na wypatrzenie maleńkiego znicza wśród śnieżnej zamieci, nie wystarczyła, by dostrzec, jak krucha była bajka, którą dla siebie napisali – i jak łatwo mogła zdmuchnąć ją rzeczywistość.


Śmierć zapukała do jego drzwi cicho i łagodnie, pojawiając się w salonie pod postacią niepozornej koperty zaadresowanej pismem ojca (choć utkwiła w jego pamięci głównie w formie ciężkiego zapachu mokrej ziemi, do której opuszczono trumnę z ciałem matki). Z samego pogrzebu nie pamięta wiele ponad to, że padał deszcz – i że lodowate krople rozmyły atrament na pergaminie, na którym zapisał sobie kilka pożegnalnych słów. Reszta to zamazane twarze i niewyraźne rozmowy, podobnie zresztą do tygodni, które nastąpiły później: smutnych i monotonnych, owiniętych mgiełką otumanienia, zaprawiającą głos obojętnością i ruchy mechanicznością. Podpierając się kiepskim wytłumaczeniem, przeniósł się z powrotem do rodzinnego domu, teoretycznie na chwilę, tak naprawdę – na niemal rok, w czasie którego głównie trenował, wolne chwile spędzając z ojcem i pomagając mu w prowadzeniu gospodarstwa. Nie mówili wiele, powoli odbudowując dawną więź, opierając ją na zgodnym milczeniu i pracy fizycznej, która – co Billy odkrył z niemym zaskoczeniem – przynosiła ulgę, pozwalając mu na przebrnięcie przez wszystkie pięć faz żałoby. Może chodziło o samo zajęcie się czymś produktywnym, może o świadomość budowania czegoś z niczego, ale w ciągu tych przeklętych miesięcy po śmierci matki szlifował meble tak długo i zbijał gwoździami deski tak zaciekle, aż razem ze zniszczonym naskórkiem na dłoniach zszedł z niego cały ból oraz poczucie niesprawiedliwości. Niestety, gdy wrócił wreszcie do dawnego mieszkania w Londynie, zastał je puste – ona zniknęła z jego życia tak samo niepostrzeżenie, jak się w nim pojawiła, zabierając ze sobą zapach przebiśniegów i wszystkie szalone pomysły, ale za to zostawiając muzykę, od tej pory już zawsze w chwilach samotności goszczącą na ustach Billy’ego.


VI. Pokora

Teraźniejszość ma dla niego słodko-gorzki smak cierpkich jabłek, nadziei przemieszanej ze strachem, młodzieńczej radości zaprawionej ciążącą coraz dotkliwiej odpowiedzialnością. Choć podwójne uczucie utraty wyblakło przez lata, otworzyło mu oczy na rzeczy, których wcześniej nie zauważał, pozwalając na dostrzeżenie kłębiących się na horyzoncie chmur, zanim jeszcze cała magiczna Anglia pogrążyła się w chaosie. Kierowany nowoodkrytą przezornością, powrócił do zaniechanego po szkole pojedynkowania się, dołączając do Brytyjskiego Klubu Pojedynków, a w wolnych chwilach ćwicząc magię obronną. Wciąż pamiętał, jak pachniała wojna (choć gdy ta Wielka wstrząsała mugolskim światem, był zbyt młody, by w pełni ją pojąć) i podskórnie przeczuwał, że nadchodziła kolejna; widział to w rzucanych mu ukradkiem spojrzeniach, które pojawiły się, gdy prasa w jednym z artykułów napomknęła o jego mugolskim pochodzeniu, słyszał jej echa w noworocznej przemowie, którą wygłosiła (już teraz była) Minister Magii, zapowiadały ją wszystkie tajemnicze zniknięcia, niewyjaśnione morderstwa i pozbawione sensu dekrety – a jeśli miałby być szczery sam ze sobą, pierwszym jej zwiastunem była już dawno zapomniana śmierć małej Marty (w którymś momencie zaczął mieć sobie za złe, że tak szybko przeszedł nad nią do porządku dziennego, mimo że był wtedy dopiero lekkomyślnym drugoklasistą). Na szczęście, nie był jedynym, który połączył ze sobą fakty; w marcu pięćdziesiątego szóstego jeden z najbliższych przyjaciół opowiedział mu o Zakonie Feniksa, do którego dołączył bez mrugnięcia powieką, obiecując sam sobie, że prędzej umrze, niż pozwoli, by szerzący się mrok dotknął jego rodzinę.


Nie poprzestał jednak na tym; kwietniowe przesłuchania i idące za nimi odsiecze pozostawiły po sobie nie tylko polityczny bałagan, ale przede wszystkim rozbitych, pogrążonych w poczuciu straty czarodziejów i mugoli, więc Billy (samemu cudem uniknąwszy wywiezienia Merlin-wie-gdzie, dzięki otrzymanemu w porę ostrzeżeniu) w tajemnicy zaczął odnajdywać jednego mugolaka po drugim, oferując pomoc i – czasami – wsparcie finansowe. Sam nie miał wiele, zbyt duże jak dla jednej osoby mieszkanie (którego jednak nie potrafił się pozbyć) od tygodni stało zadłużone, a wynajmujący je właściciel coraz bardziej tracił cierpliwość, ale Moore, nadal wyznając zasadę jakoś-to-będzie, nic sobie z tego nie robił, zastanawiając się jedynie, co powie jego kapitan, gdy się dowie, że w ostatnim porywie dobroci serca sprzedał własną miotłę. Póki co ma jednak istotniejsze rzeczy na głowie – majowy wybuch magii po raz kolejny wywrócił świat do góry nogami, choć sam Billy nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, jak bardzo zaskoczy go wkrótce jego własny.


Patronus: Bernardyn to pies łagodny, wierny i przyjacielski,
wykazujący się ostrożną nieufnością wobec obcych, jednak względem bliskich lojalny, gotowy bronić ich w razie niebezpieczeństwa; skory do zabawy niezależnie od wieku, nigdy nie wyrasta z młodzieńczej natury - nic więc dziwnego, że to właśnie tę formę przyjmuje świetlisty opiekun Billy'ego. Przywołując patronusa, myśli o szczęśliwych chwilach w Hogwarcie - meczach Quidditcha, beztroskich popołudniach z przyjaciółmi i tych ulotnych momentach, w których absolutnie wszystko wydawało się możliwe.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 20 +5 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 8 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 10 +5 (waga)
Zwinność: 17 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia magiiI2
ONMSI2
SpostrzegawczośćIII25
Ukrywanie sięI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Silna wolaII5
Jasny umysłI2
MugoloznawstwoII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon Feniksa00
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Muzyka (śpiew)I½
MajsterkowanieII3
GotowanieI½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleIII25
JeździectwoI1
PływanieI1
ŁyżwiarstwoI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 0

Wyposażenie

różdżka, pies


[bylobrzydkobedzieladnie]




deep in the forest under the fog
armies surround us, waiting for dark
wearing their iron masks like a shield
I know they’re coming, I know they're here




Ostatnio zmieniony przez Billy Moore dnia 11.11.17 17:33, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Billy Moore   25.11.17 22:31

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Trudności w mówieniu ograniczały Williama przez całe życie. Utrudniały nawiązywanie znajomości, zdobywanie wiedzy, pokazywanie swego prawdziwego charakteru; skazywały go na docinki i nieprzyjemności. Siłę odnajdywał jednak w rodzinie i najbliższych, a grono przyjaznych mu osób powiększało się z każdym rokiem. Prawdziwą wolność odnalazł w powietrzu, w żywiole nieskrępowanym, dającym mu całkowitą swobodę. Świst wiatru, ryk tłumu, szelest sportowej szaty - szybując nad ziemią Billy nie ma sobie równych. Przeciwności losu nie złamały go a zahartowały. Pomimo ograniczeń brnie do przodu, pełen wątpliwości i niepokoju, ale jednak sięga po swe marzenia, odważnie stawiając czoła własnym przeszkodom. Ma wokół siebie kochających go ludzi, głowę pełną marzeń, a serce - wiary w dobro i sprawiedliwość. Czy uda mu się pochwycić ostateczny znicz miotlarskiej sławy? I jak wielką ofiarę będzie w stanie złożyć na ołtarzu idei Zakonu Feniksa?

OSIĄGNIĘCIA
szukający dobra
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Wada wymowy.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Hereward Bartius


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Billy Moore   25.11.17 22:32

WYPOSAŻENIE
różdżka, pies, sowa, woreczek ze skóry wsiąkiewki

ELIKSIRY-

INGREDIENCJEposiadane: -

[09.06.18] Ingrediencje (lipiec/sierpień)
[31.07.18] przekazano na spotkaniu Zakonu Feniksa: jaja widłowęża, krew reema, włosie akromantuli

BIEGŁOŚCI -

HISTORIA ROZWOJU[11.11.17] Karta postaci: [G] pies -75; sowa -50 PD
[18.11.17] Zakup zaklęć ochronnych (Abscondens, Cave Inimicum, Repello Mugoletum, Tenuistis vivere), -0 PD
[19.12.17] Klub pojedynków (czerwiec), +10 PD
[11.02.18] Nagroda dla drużyny zwycięskiej w wydarzeniu "Śnieżki w dusznej atmosferze": woreczek ze skóry wsiąkiewki
[13.05.18] Podsumowanie napraw anomalii (maj/czerwiec): +15PD
[21.05.18] Wykonywanie zawodu (majoczerwiec) +50PD
[24.07.18] Spotkanie Zakonu Feniksa, +5 PD


Powrót do góry Go down
 

Billy Moore

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Esmeralda Moore //budowa//
» Keira Moore

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18